Archives

Idea drugiej połówki w związkach i bratniej duszy.

 

Zastanawiałam się niedawno nad romantyczną ideą bratnich dusz, drugich połówek, tego właściwego jedynego. Czy te wierzenia na temat związków pokazywane w filmach, romansach robią nam więcej złego niż dobrego. Osobiście nie wierze, że istnieje coś takiego jak ten jedyny właściwy? Jaka jest recepta na udane partnerstwo?

Z tego co zaobserwowałam to najbardziej zgrane i szczęśliwe pary jakie znam, to pary, które zamiast wchodzić w oczekiwania, roszczenia, samo poświęcanie się i inne schematy zakasały rękawy i każde z partnerów wzięło się za prace nad samym sobą. Wszyscy po czasie odpowiadali, iż byli wdzięczni za trudy związku bo relacja naprawdę działała jak motor w ich rozwoju. Związek ewoluował wzmocnił się. Znam np parę, w której partner po przepracowaniu przez swoją żonę problemu z ojcem alkoholikiem stracił kompletnie ochotę na picie alkoholu. Problemy w zawiaskach rozwiązuje się w jedyny skuteczny sposób, pracując nad własnym cieniem. Po przez relacje z drugą osobą odkrywamy samych siebie. Nikt bardziej niż nasz partner nie pokazuje nam nie odkrytej części naszej osobowości. Świadomość tego faktu jest, podstawą świadomego związku. Bez tego nie ma otwarcia na drugiego człowieka. Związek staje się zbiorem oskarżeń projekcji i wyobrażeń obu stron, wydaje nam się, że podejmujemy decyzje, ale tak naprawdę wszytko idzie starym wytartym torem kodów naszego dzieciństwa. Trochę jak w serialu Westworld, gdzie roboty przeżywały codziennie na nowo ten sam dzień, sądząc, iż same podejmują decyzje, nie mając świadomości tego, iż są zaprogramowane.

Oglądałam filmik Teal Swan o koncepcie bratnich dusz. Powiedziała na nim, że schodzimy na ziemie w dużym towarzystwie, i łączą nas już schodząc tutaj duchowe kontrakty. Głownem tematem teraz w to przepracowania jako ludzkość na planie związków, jest poczucie odrzucenia i tak zwana warunkowa miłość, nic więc dziwnego, iż na skale globalną jest to przewodnie wyzwanie w relacjach. Idea zaproponowana przez Hollywood, na temat bratnich dusz, jest jej zdaniem nie prawdziwa. Bratnie dusze to często osoby, które dają nam w życiu największe wyzwania.

Żyjemy w czasie kiedy odkrywamy nową jakość zarówno męskiego i żeńskiego. Widać to po tym na skale obserwowane są trudne relacje, matka – córka i ojciec – syn. Tak naprawdę pokoleniowo każde pokolenie, czyni krok w kierunku uwolnienia i zbalansowania tych aspektów. Nasze babcie wyzwalały się, buntowały na masową skalę przeciwko sile patriarchatu, ich córki nasze matki, poszły o krok dalej znalazły własny głos i promowały niezależność i wolność, my wprowadzamy świadomość przede wszystkim na poziomie emocjonalnym…następne pokolenie będzie pracować na następnym jeszcze wyższym poziomie. Z mężczyznami jest podobnie. Dlatego, że pracujemy nad świadomością czucia w zbiorowości w związkach partnerskich jest tyle chaosu, i dlatego też dla nas naszego pokolenia są one tak ważne. Dużo ważniejsze niż dla pokoleń przed nami. Na zbiorową skalę, odkrywamy teraz, iż dobra relacja może się udać tylko kiedy mamy dobrą relację z samym sobą.

Napisze o kimś kogo uważam za bratnią duszę lub przynajmniej łączył mnie duchowy kontrakt. Relacja z ojcem to nasze partnerstwo. Jest to pewne uproszczenie gdyż, w partnerstwie praktycznie jest wszystko. Więc na własnym przykładzie mówiąc, miałam kiedyś bardzo wyidealizowany obraz mojego tatusia, więc teoretycznie powinnam mieć łatwe i miłe związki. Kogo natomiast przyciągałam, niedostępnych dla mnie emocjonalnie partnerów. Schemat powracał i powracał, jednocześnie idealizowałam swoich partnerów. Krocząc ścieżka duchowego rozwoju wiedziałam, iż coś to oznacza. Pracując nad relacją z ojcem, odkryłam, że tak naprawdę go nie było dla mnie. Mój tata zarabiał na życie za granicą, i moje życie było ciągłym czekaniem. Tata był rarytasem gościem w domu, niestety także emocjonalnie nie obecnym. Wyidealizowałam sobie naszą relacje w marzeniach ale podświadomie bardzo chciałam jego uwagi. Poza tym rozwód rodziców złamał mi serce. Podświadomie jako dziecko stanęłam “po stronie” mamy rodzica, który był ze mną i odrzuciłam ojca, zamknęłam serce na niego. Tęsknota za ojcostwem była zepchnięta do ciemnych meandrów mojej podświadomości i nigdy nie ujrzała by światła dziennego, gdyby nie pojawienie się…. bratniej duszy. I wróćmy teraz do tematu, jak rozpoznać bratnią duszę w partnerstwie. Z każdym naszym partnerem seksualnym mamy duchowy kontrakt, oczywiście nie tylko z nimi. Patrząc z perspektywy czasu widzimy, że czasem spotykamy partnerów, który nam pokazują jedną rzecz…czasem kilka lat to trwa, ale jest to jedna, kilka lub, kilka rzeczy. Mój koncept na bratnią dusze jest taki, że z takimi ludźmi tych rzeczy jest bardzo dużo. Dobrze przepracowana relacja z bratnią duszą jest najlepszą rzeczą, która może się przydarzyć ale może też być i najczęściej jest najbardziej bolesną. I niestety dla naszego pokolenia bardzo często tak jest. Kiedy spotykamy bratnią duszę czujemy więź, często też i strach. I mamy oczywiście wiele bratnich dusz i będą one współpracowały z nami w zależności od tego na jakim etapie jesteśmy. Po wyjściu z relacji z mężczyzną z którym duchowy kontrakt zawierał sprawienie mi tak wielkiego bólu, iż wstąpiłam na ścieżkę rozwoju duchowego spotkałam moją bratnią duszę, jedną z wielu. Była to relacja z mężczyzną, który mnie odrzucał i nie chciał się zdeklarować do niczego. Nasza relacja przechodziła przez wiele etapów, za każdym razem kiedy przepracowałam w sobie coś, co kontakt z nim mi dawał, następowała mała śmierć w relacji i małe odrodzenie. Zdałam sobie dzięki tej relacji, że nie daję sobie prawa do głosu, do wyrażania siebie, do tego, żeby kochać i przyjmować,  do tego by czuć to co czuje. Nie znałam także znaczenia własnych granic nie wiem nic o równowadze miedzy dawaniem i braniem, nie wiem nic o wolności i o odpuszczaniu przywiązania. On otworzył mi drogę do własnej kreatywności, do tego, iż poczułam się dobrze ze sobą i z własna seksualnością, do tego bym stała się bardziej asertywna, i do prawdy, że miłość to miłość do samego siebie. Dowiedziałam się tego pracując ciężko nad tym co było…co widziałam w moim lustrze. Mojej bratniej duszy. Co on wyciągnął z naszej relacji, to jest już sprawa jego duszy i jego rozwoju. Tu pojawia się następny schemat, który widzę u kobiet. Nie nasza sprawa czego ON ma się nauczyć w relacji z nami. Wcale nie musi to oznaczać tej samej intensywności z jego strony. Jest jest jego rozwój. Nam kobietom ciężko jest opanować impuls wchodzenia w przestrzeń jego rozwoju.

Koncept tego jedynego właściwego, daje nam kobietą rodzaj iluzji w której cały czas czegoś szukamy, tak na prawdę każdy nasz mężczyzna na ten moment jest tym właściwym.  Moja bratnia dusza z tamtego czasu odeszła. W tamtym czasie, miałam ogrom wielkich emocji i uczuć. Teraz już tego nie ma, i jego też już nie ma. Odszedł w miłości, wdzięczności i spokoju. Tak się dzieje, kiedy lekcja z danym człowiekiem po prostu się kończy. Jednak, życie jest ciągłym przepływem…jak tylko się otwarłam pojawiła się nowa bratnia dusza. Jakże inna od poprzedniej, jednak towarzyszy mi również z nim to samo jak poprzednio uczucie, czuję go jakby pod skórą. Próbuję starych schematów, rzeczy które nauczyłam się poprzednio….lecz to nie działa. Nowy człowiek nowa przestrzeń do odkrycia. Nie wiem czy on zostanie przy mnie lata, a może jeden dzień. To nie jest istotne. Już widzę, że jeśli w poprzedniej relacji chodziło o puszczenie czegoś, tu chodzi o przyjęcie. Wolność jest przyjęciem akceptacją tego co jest. Jeśli poprzednio uczyłam się o wyznaczaniu granic tutaj uczę się o panującej miedzy nimi przestrzeni. Lekcje podobne ale nie takie same, poznanie w wiele głębszym wymiarze.

Na zakończenie chce napisać, o ile bogaciej jest patrzeć na naszych wybranków serca w ten sposób i odpuścić sobie wszystkie iluzje o tym jednym jedynym właściwym, które nie tylko mija się z celem ale zawsze przyniesie nam rozczarowanie.

autor : Sylwia Bartosz

Advertisements

Warunkowa miłość

sen

 

Byłam na warsztacie Teal Swan  w Dublinie. Teal swoim zwyczajem zapraszała ludzi na scenę i pracowała z nimi. Jedną z nich była młoda kobieta, która cierpiała na syndrom chronicznego zmęczenia. Teal wyjaśniła jej, że osoby z tą przypadłością wierzą, że powinny właśnie w tym momencie być i robić coś innego niż robią. Ich umysł nigdy nie daje za wygraną, tak naprawdę nigdy nie odpoczywają i przez to są zmęczone. Kobieta na scenie, słuchała wyjaśniania ze spiętym ciałem, w zasadzie nie słuchała wcale, i tylko czekała aż Teal skończy i szybko spytała Teal co ona ma z tym robić. Teal mówiła – przestań, odpuść teraz, a dziewczyna – tak, dobrze ale co ja mam robić? To trwało chyba z czterdzieści minut, do uczestniczki warsztatu w żaden sposób nie mogło dotrzeć, że jest dobrze tam gdzie jest i kim jest ma nie robić nic. Odpuścić. Cała sala była zmęczona, ale czy naprawdę tak od niej się różnimy? Teal wytłumaczyła jej w pewnym momencie – twoja mama mówiła ci, że powinnaś być inna niż byłaś. To jest efekt tak zwanej warunkowej miłości, zawsze wydaje ci się, że musisz coś robić, a tak naprawdę nie musisz nic. Ciało to manifestuje. Jesteśmy sami dla siebie bezwzględnymi policjantami.

Początkowo uważałam, że nic się tego wieczora nie stało, ale potem sama praktykowałam “Teal Swan Completion Process” i odkryłam, że tak zwana warunkowa miłość jest odczuwana przeze mnie jak odrzucenie. Warunkowa miłość jest odrzuceniem.

Tak zwana warunkowa miłość do dziecka tak naprawdę jest postrzegana przez dziecko jako porzucenie. Poprzez warunkową miłość rozumiem, wszechobecny w naszym społeczeństwie system kar i nagród. Od dziecka powtarza nam się, “bądź grzeczną dziewczynką / chłopcem i przestań płakać”, lub “jesteś już duża/-y, duże dziewczynki / chłopcy się tak nie zachowują”, bądź dobrym dzieckiem i zjedz wszytko do końca, jak zjesz to dostaniesz deser. Takie komentarze są stosunkowo jeszcze niewinne,  gorsze są na przykład porównania, typu – „zobacz na Pawełka, Pawełek tak ładnie je, nie kręci się a ty nie potrafisz usiedzieć w jednym miejscu”, albo obarczanie dziecka odpowiedzialnością za swoje uczucia, typu “Przestań płakać, nie widzisz, że mamusia jest zmęczona, sprawiasz mamusi swoim płaczem wielką przykrość, przestań natychmiast!”. W każdym takim komentarzu, który uważamy niestety za normę w rozmowach z dziećmi kryje się niebezpieczeństwo, dajemy naszemu dziecku podświadomy komunikat, że nie powinno czuć tego co czuje w danym momencie, krytykując dziecko zaczyna się ono czuć nie wystarczająco dobre i zaczyna wątpić w siebie. Stara się być inne by zadowolić rodziców. Dziecko jest porzucone, nie przez rodziców, bo rodzice są kompletnie nieświadomi tego co robią, i starają się najlepiej. Dziecko porzuca wtedy same siebie. To kim naprawdę jest. Zaczyna wierzyć, że jest bezwartościowe takie jakie jest, że musi zasłużyć na to by je kochano, że musi być inne. I to jest źródło pierwotnej traumy całego świata. Jest to pewien kod, nieświadomie powtarzany przez pokolenia. Moje pokolenie trzydziesto-paro-latków urodziło się na przykład w czasach kiedy panowało przekonanie, że noworodka należy karmić co trzy godziny i to jest właściwe. Tak zwana warunkowa miłość, zabija w nas instynkty, i zaczynamy wierzyć, że jacyś mądrzy ludzie wiedzą lepiej niż na przykład nasze kobiece ciała jak na przykład opiekować się noworodkiem. Wiele naszych matek słuchało panów behawiorystów i matki zwijając się z bólu jakie doświadcza ich ciało kiedy głodne niemowlę płacze, wytrzymywały dla dobra dziecka z miłości do dziecka. Inne były które ulegały i karmiły dzieci na żądanie musiały znosić krytykę i związane z tym poczucie winy. Teraz krytykuje się behawiorystów i śmieje się z nich, ale czy naprawdę jesteśmy inni? Nadal jesteśmy swoimi własnymi policjantami i z tej pozycji dyscyplinowanie dzieci wydaje się właściwe. Tylko człowiek, który sam porzucił wewnętrzne dziecko, może okazywać miłość w sposób warunkowy. Prawda jest taka, że rodzice zawsze kochają nas bezwarunkowo, tylko nie wiedza jak to przekazać, bo jak przekazać coś co zostało im odebrane. Więc co zrobić? Odpowiedz, pracować nad sobą, pracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem i być bardziej świadomym człowiekiem, sprawia, że jesteśmy bardziej świadomymi rodzicami. Bycie miłym i dobrym dla siebie, też daje nam siłę. Donald Winiccott wprowadził termin „wystarczająco dobra matka”. Matka powinna być tylko wystarczająco dobra i ofiarować dziecku wystarczająco dużo bezwarunkowej miłości, by dziecko mogło znieść jej złość, smutek i zły humor. Pamiętajmy, że jesteśmy tylko ludźmi, jeśli nauczymy się szanować siebie za własne ułomności nasze dzieci nauczą się tego od nas.

Będąc policjantami własnych odczuć, zaczynamy wierzyć, że nasze emocje nie mają żadnej wartości, a tak naprawdę to one są naszymi przewodnikami do odrzuconego przed laty wewnętrznego dziecka. Patrząc na emocję z tamtej perspektywy i z nowej perspektywy możemy oddać tym odczuciom szacunek pozwolić emocjom płynąć. Najczęściej ukryte w podświadomości, kody ujawniają się, można je puścić i zmienić. Na tym polega Teal Swan “Completion Process”.

W praktyce to wygląda tak. Napisała do mnie koleżanka, zasmucona tym, że spotkała mężczyznę, który jej się podoba a nie jest nią zainteresowany. Jej ciało zareagowało na niego. Przyszła do domu, i płakała, że facet nadal jej się podoba i reaguje na niego, a przecież nie powinna, bo on nie jest zainteresowany nią. Można by tą sytuację szybko wytłumaczyć, płacze bo czuje się odrzucona. Jednak nie jest to świadomie widzenie sprawy. Problem naprawdę polega na tym, iż moja koleżanka nie daje sobie sama przyzwolenia, żeby poczuć to co czuje. Sama dla siebie jest policjantem, gdyż w jej głowie panuje przekonanie, że skoro nie ma reakcji ze strony mężczyzny ona nie powinna nic czuć. Uzależnia ona własne odczuwanie od tego jak rozumie sytuację zewnętrzną. Kiedy tak postępujemy zawsze cierpimy. Podświadomy komunikat jest taki, że to co czujemy jest niewłaściwe. To nie mężczyzna ją odrzuca, on tylko rezonuje z nią w inny sposób niż by ona chciała. Ona sama siebie odrzuca, on jest tylko lustrem jej odrzuconego wewnętrznego dziecka. Kiedy koleżanka pozwoliła sobie na odczuwanie tego co czuje bez samokrytyki, frustracja zniknęła. Odrzucenie boli, ale niepozwolenie sobie na przeżywanie tego co jest, jest cierpieniem.

Teal Swan często odbierana jest jako przeciwniczka pozytywnego myślenia. Nic bardziej mylnego! Pozytywne skupienie jest konieczne. Nie da się jednak pójść do przodu, jeśli całkowicie i bezwarunkowo nie zaakceptuje się miejsca w którym się jest, tu i teraz. Jeśli tym miejscem jest ból, niech żyje ból, tylko przechodząc i uznając ten ból możemy udać się w drogę ku radości. Jeśli w momencie bólu nie zgadzamy się na niego i bezwarunkowo nie zaakceptujemy go, stworzymy tylko cierpienie. O tym właśnie mówi Teal Swan i ja z własnego doświadczenia wiedząc, podpisuję się pod tym oboma rękoma.

Sylwia Bartosz,

 

 http://irlandia.ie/blogi/item/685-relacja-z-warsztatow-teal-swan-w-dublinie.html

Jedz, Módl się, Kochaj

JULIA

Jednym z moich ulubionych filmów jest „Jedz, módl się, kochaj”. Niedawno przeczytałam książkę Elisabeth Gilbert, na podstawie której nakręcono film. Napisana bardzo prostym językiem, chwyciła mnie za serce. Myślę, że wielkim atutem tej pozycji jest to, iż napisana jest na podstawie własnych doświadczeń autorki. Elisabeth Gilbert jest też niewiarygodnie szczera w opisie swoich emocji. Emocje i uczucia są czymś, o czym w dzisiejszym zabieganym  świecie bardzo często zapominamy.

Czytając „Jedz, módl się, kochaj” autorka zmusza nas do zastanowienia się nad tym co naprawdę czujemy i czego naprawdę chcemy. Często jesteśmy wychowywane w przekonaniu, że trzeba być skromną i że szlachetnie jest poświęcać się dla innych, dzieci i rodziny, a że egoistycznie jest myśleć o sobie. Nic dziwnego, że wiele z nas tak naprawdę nie wie, jakie mamy potrzeby. Wzrastamy więc patrząc na nasze matki, obciążone obowiązkami, zawsze stające na wysokości zadania, po pracy padając z nóg gotujące obiad z dwóch dań i dbające o idealnie czysty dom. I myślimy… my nie możemy zawieść, jak dorośniemy też będziemy miały idealny dom męża, dzieci i psa. Słyszymy o tym, jak ciężko było za czasów młodości naszych matek, że trzeba było po wszystko stać w kolejkach, a kupienie kawy i czekolady graniczyło z cudem… i słyszymy… jaką wielką szansę w życiu mamy. Myślimy wtedy… „nie możemy zawieść i musimy wykorzystać szansę życia w lepszych czasach, musimy mieć wspaniałą karierę, pracę i dobre wynagrodzenie.” Zaczynamy wcześnie, chodząc do szkoły i przynosząc piątki i wyróżnienia za dobre zachowanie, potem studia. Potem mężczyzna: „może nie jest najbardziej romantycznym typem, ale ma dobrą pracę i jest z dobrej rodziny, na pewno będzie dbał o dom.” Wychodzimy za mąż, rodzina jest zadowolona, matka ma łzy w oczach. Potem pracujemy by spłacić kredyt, potem dzieci itd… potem obowiązki, życie dzień za dniem. I tak możemy spędzić lata, czasem całe życie… chyba że nagle deszczowej jesiennej nocy, budzimy się na leżąc na zimnych kafelkach, w łazience, tonąc w kałuży łez… Nie wiemy czemu tak się dzieje… przecież mamy wszystko, czego chciałyśmy… Wszystko jest idealne, jednak coś jest nie tak… Nagle po wielu dniach udręki, zadajemy sobie pytanie, które brzmi tak obco jakby było wypowiedziane w języku z innej planety: „Kim jestem i czego naprawdę chcę z serca dla siebie?”

I o tym jest ta książka, o takim przebudzeniu. Nie każdą z nas stać jest na podróż do słonecznej Italii, egzotycznych Indii i tropikalnego raju jak Bali żeby się odnaleźć. Pierwszym krokiem jest zadanie sobie tego jedynego właściwego pytania.

Zawsze byłam osobą, która ma swoje pasje i zainteresowania, dość jednak szybko dostrzegłam obecność płci przeciwnej. I mogę się utożsamić ze stwierdzeniem bohaterki, że „odkąd pamięta, zawsze była uwikłana w jakiś dramat z facetem i nie miała czasu żeby pomyśleć o sobie.” Kiedyś, moja bardzo twardo stąpająca po ziemi znajoma, kiedy żaliłam się jej na jakąś tam kolejna życiową sytuację, jakiś kolejny damsko-męski dramat, jaki w tamtym okresie przeżywałam, podsumowała to jednym stwierdzeniem: „Ach ci faceci, zajmują bardzo dużo miejsca w głowie, prawda?” Od razu przyszło mi, do mojej pełnej myśli głowy, pytanie: „co by się stało, gdybym zwolniła ten teren?” Teraz zgadzam się z Richardem z Teksasu (jeden z bohaterów książki), że „wszechświat by to wypełnił czymś, czego teraz naprawdę nie jesteś w stanie sobie wyobrazić.”

W swojej pracy nad sobą stwierdziłam w pewnym momencie, że jestem do pewnego stopnia uzależniona od melodramatu… Starałam się coś z tym zrobić ale bardzo długo szukałam przyczyn takich zachowań. Będąc singlem skupiałam się na poznaniu partnera, potem na pierwszych etapach związku, problemach… aż dotarło do mnie, że to nie ma końca, bo zawsze pojawia się coś nowego, co powoduje emocjonalną relację. Miałam wrażenie, że jak już osiągnę to coś, co w tym momencie było na tapecie, to będzie to brama do raju i wiecznej szczęśliwości… Tak się jednak nie działo. Wtedy pewien przyjaciel zapytał: „A ty kochana, masz partnera, czy nowy projekt do wykonania?”

Kobiety od maleńkich lat uczone są tego, że dobrze i chwalebnie jest rezygnować z samych siebie. Jednak jeśli nie spełniamy własnych potrzeb, mamy w sobie poczucie pustki, jakby czegoś nam brakowało… I tu przychodzi cała propaganda. Od maleńkości jesteśmy karmione bajkami o księżniczkach, które z opresji ratuje książę na białym koniu. Zaczynamy wierzyć w pewien mit, który brzmi tak: „Czuję się źle, bo nie ma tego jedynego koło mnie, jak się pojawi, to to straszne uczucie we mnie zniknie i wszytko się zmieni. Czuję się źle, bo on jest taki i taki, jak on się zmieni, to to uczucie we mnie zniknie i będę szczęśliwa. Koleżanki mówią, może to nie ten…” Zaczynamy coraz bardziej wątpić… w niego… ale szczerze, to wątpimy w siebie… Patrzymy na uśmiechnięte pary w telewizji i chce nam się wyć. Co jest ze mną nie tak!

Wszystko jest w porządku, kochana… po prostu nie skupiasz się na tym, co trzeba. Na początek, należy się pozbyć tej bajki z głowy, o tym wyśnionym właściwym, jest to trudne, bo wiele z nas jest do niej bardzo przywiązanych. Prawda jest taka, ten idealny nie istnieje! Żaden mężczyzna nie jest księciem a żadna kobieta księżniczką! Trzeba przestać czekać i zająć się sobą. Do takiego właśnie wniosku dochodzi bohaterka innej książki: “How To Be Single”, o której napiszę osobny artykuł. Związek dwojga ludzi to spotkanie dwóch światów, dwóch osobowości. Nie ma idealnych związków, tak samo jak nie ma idealnych ludzi. Są jednak szczęśliwi ludzie i szczęśliwe pary. Szczęście nie jest czymś, co się przydarza, jest praktyką codziennego życia. Szczęście nie polega na braku problemów tylko na umiejętności radzenia sobie z nimi. Ten „jedyny” to mit, który jest dość fatalny w skutkach, bo wiecznie czekamy na coś, zamiast cieszyć się tym co mamy! Bardzo często takie obsesyjne myślenie o swoich relacjach jest jak narkotyk, uzależniamy się od tego dreszczyku i motyli w żołądku kiedy jest dobrze, ale także niestety tak samo uzależniamy się od adrenaliny kiedy jest źle… Każdy nałóg jest ucieczką i jest sposobem na wypełnienie pustki w nas samych. Najważniejsze jest, czego tak z serca dla siebie pragniemy(?) Musimy być szczęśliwe same z sobą, by znaleźć pasującego do nas partnera. Żaden mężczyzna nie stanie się lekarstwem na tkwiącą w nas pustkę, być może przeżyjemy kilka miesięcy w różowych okularach ale potem czara goryczy wyleje się na nas ze zdwojoną siłą. Możemy pozostać wtedy małymi dziewczynkami i płakać, jaki to ON okrutny jest, jak to nie mamy szczęścia w życiu, słuchać porad innych małych dziewczynek, że to nie TEN właściwy widocznie… albo dorosnąć i zapoznać się ze swoją własną MOCĄ!

Podstawa budowania szczęśliwego partnerstwa, to partnerstwo z samą sobą. Przyjemność jest czymś innym niż potrzeba. Na poziomie czakramów, potrzeba jest czymś niezbędnym, potrzeba do przetrwania, i znajduje się na pierwszym czakramie podstawy. Przyjemność jest to coś, bez czego możemy przetrwać, ale dzięki temu życie ma smak! Autorka książki spędza całe 3 miesiące we Włoszech ciesząc się prostymi przyjemnościami, jak jedzenie, słońce, piękno i przyjaciele. Różnica pomiędzy potrzebą a przyjemnością jest taka, jak różnica pomiędzy zjedzoną w biegu kanapką a wykwintną kolacją przy świecach. Bardzo często nasze wychowanie sprawia, że zapominamy o przyjemnościach. Nie trzeba spędzić trzech miesięcy w Rzymie, żeby się zacząć uczyć smakować życie. Można codziennie sprawiać sobie samej małą przyjemność, choćby to miał być kubek dobrej kawy i przeczytanie artykułu w gazecie. Warto znaleźć na to czas i w sposób świadomy cieszyć się tym. Warto robić sobie samej prezenty, jak pachnąca kąpiel, wizyta u fryzjera. Ten czas spędzony na byciu dobrej dla samej siebie sprawi, iż będziemy miały więcej energii!

W drugiej części książki Liz udaje się do Indii. Ten czas spędza na praktyce duchowej. Jest to czas rozliczeń z przeszłością i pracy nad sobą. Polecam prace nad samą sobą, w jakiejkolwiek formie. Może to być przeczytanie książki, codzienna praktyka medytacji. Większość z nas uważa się za jednostki wolne. I tak, posiadamy wolną wolę, ale tak naprawdę większość naszych zachowań i emocji jest jak nagrania, które zostały zaprogramowane w dzieciństwie i do dziś nasza podświadomość działa na tych programach… Poznanie kodów do tych programów jest jednym z kluczy do tego co C.G. Jung nazywał procesem indywidualizacji.

Na Bali, Liz poszukuje balansu. Jest czas budowania nowej siebie. Wtedy właśnie kiedy doceniła życie, odpuściła przeszłość i nauczyła się kochać samą siebie, pojawia się w jej życiu odpowiedni mężczyzna! Kiedy nie szuka miłości jak narkotyku, który ma ukoić jej poranioną duszę, Liz spotyka swojego życiowego partnera. Jako świadoma swojej wartości kobieta, nie szuka już księcia z bajki, potrafi stworzyć świadome partnerstwo. W filmie jest scena, której nie ma w książce, filmowa Liz wybiera się na party na Bali, tam imprezuje z przystojniakiem i podchmieleni udają się na plażę by popływać. Chłopak bezceremonialnie rozbiera się do naga. Ta wesoła scena jest momentem przełomowym dla bohaterki. Zdaje sobie ona sprawę, iż kiedyś byłaby zachwycona możliwością interakcji z młodzieńcem, teraz szuka w życiu czegoś zupełnie innego… I wypowiada słowa: „Chodziłam z tobą rok temu, chodziłam z tobą 15 lat temu, jesteś przystojny, ale nie – dziękuję.” Wie, że w przeszłości, mimo tego że miała wiele różnych związków, opierały się one na tym samym ogranym schemacie. Imiona facetów się zmieniały ale każda nowa relacja przypominała poprzednią. Liz jest wolna od przeszłości, może odejść, zostawić chłopca i zacząć życie z mężczyzną.

Liz ma odwagę wyruszyć w podróż życia, ma do tego też warunki, jest to jednak tak naprawdę podróż wgłąb samej siebie. W dzisiejszym zwariowanym świecie, bardzo często ciężko nam znaleźć czas dla siebie i nierzadko nie możemy sobie pozwolić na luksus roku spędzonego za granicą, na duchowych poszukiwaniach. Ale możemy zacząć od zaraz. Od czasu spędzonego z dobrą książką, od kolacji z przyjaciółmi, nie trzeba wyjeżdżać do Indii, by poznać siebie, można poszukać medytacji w internecie i poświęcać 20 minut dziennie, by zanurzyć się wgłąb swojego jestestwa, można poświęcić czas na dawno zapomnianą pasję. Życie jest pełne możliwości, jeśli tylko chcemy je zobaczyć.

Sylwia Bartosz

http://irlandia.ie/blogi/item/673-jedz-modl-sie-kochaj.html

 

50 Twarzy miłości

Unikając uprzedzeń i z czystym sumieniem przeczytałam książkę, która mimo, iż nie jest  arcydziełem literatur, trafiła do tysięcy kobiet, mianowicie „50 Twarzy Grey’a”. Zastanawiałam się dlaczego książka ta stała się aż takim fenomenem popularności? Czy chodzi tylko o fantazje seksualne? Czy chodzi o chłód pana Grey’a, czy o jego zamiłowanie do pejczów i pasów, trafiające w ukryte seksualne marzenia wielu kobiet? Czy może jest w tym coś głębszego, i ukryte archetypy oraz potrzeba dotarcia do Wewnętrznej Bogini jest obecna także w tej niezbyt ambitnej książce?

Jestem zdania, że taki fenomen popularności musi działać na poziomie świadomości zbiorowej kobiet i poruszać ważne kwestie, w przeciwnym razie nie byłby to aż taki sukces. Żyjemy w świecie niezależnych kobiet, lecz przez tysiące lat patriarchatu byłyśmy obywatelkami drugiej kategorii. To spowodowało, że siła kobiecości została wypaczona. Moim zdaniem dopiero teraz w XXI wieku my kobiety na nowo uczymy się naszej kobiecości. Męskie i żeńskie jednoczy się ze sobą w świętym tańcu, te jakości muszą być równe wtedy współpracują ze sobą, nawzajem się wspierają. Przewaga jednego zawsze niekorzystnie wpływa na drugie. Trzeba pamiętać jednak, że są to jakości różne od siebie.

Słuchałam ostatnio wykładu Ewy Cyzman-Bany o rewitalizacji pierwiastka żeńskiego. Bardzo podobało mi się stwierdzenie, iż kobieca energia jest jak woda a męska jak dzban. Męskość trzyma kobiecość w całości i nadaje jej formę. Przesada męskiej energii przeradza się w pustą formę, nie ma w niej duszy, wyrazu. Przesada żeńskiej energii rozlewa się i wchodzi wszędzie, nie ma struktury ani celu. Jedna bez drugiej sama w sobie jest zawsze niszcząca i okrutna w swej naturze.

Każdy z nas zawiera w sobie zarówno element męski i żeński. U Carla Gustava Junga wewnętrzny mężczyzna w kobiecie nazywany jest Animusem, wewnętrzna kobieta w mężczyźnie nazwana jest Animą. Chłopiec dojrzewa jako mężczyzna poprzez dojrzewanie jego Animy, która jest drogą do jego duszy. A kobieta na odwrót, dojrzewa poprzez swego Animusa, który jest drogą do jej ducha. Feminizm w wydaniu naszych przodkiń niezaprzeczalnie był bardzo ważnym krokiem – nie był emancypacją kobiecości ale naśladowaniem męskości.

Wracając do „50 Twarzy Grey’a”, myślę że fenomen tej książki spowodowany jest tym, iż mamy tu bardzo niedojrzały pierwiastek żeński, w postaci Anastasii Steele, i skostniały równie niedojrzały pierwiastek męski, w postaci Grey’a. Jakkolwiek nie jest to układ dorosły, panuje w nim równowaga. Widać też w nim chorującą męskość i zdeptaną żeńskość. Jest to jednak pewien stan wyjściowy, który może być początkiem dalszych przemian i drogi ku dojrzałości obu stron. Niestety, moim zdaniem, autorka nie sięga już dalej poza ten stan wyjściowy, a szkoda.

Anastazja jest z pozoru naiwna, ale tylko z pozoru, mimo iż jest dziewicą zna reguły gry, Christian Grey, może i jest przedstawiony jako seksualny drapieżnik ale ja śmiem twierdzić, że tak naprawdę jest na odwrót. Oba aspekty męski i żeński są tak samo uprzedmiotowione a przez to tak samo drapieżne. Przez wieki dominacji mężczyzn jedyną obroną kobiet była manipulacja. Używałyśmy do tego jedynej dostępnej broni jaka nam została, własnego ciała. Kobiecość to ciało, natura, korzenie, woda – coś co poi i koi. Ciało jest świątynią ducha. Ciało kobiece rodzi życie (męskie – daje życie, nasionko życia), i jest dużo bardziej połączone z naturą i jej cyklami niż ciało męskie. My kobiety nie mogłyśmy się tak do końca oddzielić od naszych ciał, jak zrobili to mężczyźni. Ciało jest nam dane na jakiś czas, nie jest naszą własnością, jednak nauczyłyśmy się go używać jak narzędzia. Sprzedałyśmy same nasze własne bogactwo. Dziś ciało tylko i wyłącznie służy do zaspokajania własnych egoistycznych potrzeb, jest narzędziem którego używamy i musi być perfekcyjne. Przez to stało się więzieniem a nie świątynią. Nienawidzimy ciała za to, że powoduje w nas tyle cierpienia. Nosimy je jak ciężar, chciałybyśmy je za to ukarać. Religia mówi, że jest pełne grzechu. Ciało nosi w sobie winę. Ból to kara. Bicie, wiązanie i klapsy, poniżanie i eksploatowanie ciała, jakiego doświadcza Anastasia Steele, uwalnia ją od ciężaru grzechu, wstydu i poczucia winy związanego na podświadomym poziomie właśnie z ciałem. Kontakt z własnym ciałem jest jedną z rzeczy które musimy na nowo odkryć i odbudować. Ciało na nowo musi być szanowane i być naszą świątynią. Musimy ponownie nauczyć się czuć jego piękno i oddanie, akceptować je i dbać o nie.

Drugi aspekt to bajka o kopciuszku. Zabijany żeński pierwiastek krzyczał o ratunek. Od dziecka jesteśmy karmione bajkami o księżniczce uwięzionej w wieży i księciu który ją uratuje. I tu jest pułapka tego wzorca, nikt nas nie uratuje, drogę do własnej mocy musimy odnaleźć same. Czasem podświadomie kreujemy sytuacje, w których chcemy być ratowane. Dojrzały żeński element nie wymaga od męskiego ratowania ale kierunku, w którym żeński się porusza i  wyznaczenia granic. Bajka o kopciuszku jest moim zdaniem bardzo niebezpieczną  i niszczącą częścią kobiecego zbiorowego cienia (cieniem C.G. Jung nazywał ciemną nieświadomą stronę świadomości – zarówno na poziomie indywidualnym jak i zbiorowym). Istnieje w naszych głowach iluzja o tym jedynym, właściwym partnerze, na którego czekamy, który pojawi się nagle w sklepie z żelazem w którym pracujemy i zabierze nas swoim helikopterem do raju, gdzie będziemy mogły mu się oddać… do końca. Tymczasem rzeczywistość jest inna. Mówimy o uprzedmiotowieniu kobiet a my tym samym mitem uprzedmiotawiamy mężczyzn. Każdy mężczyzna w danym czasie jest tym dla nas właściwym, gdyż związki nie są romantyczną formułą, nie służą tylko przedłużaniu gatunku, są swego rodzaju lustrem nas samych i wymagają pracy. Mężczyźni to przeciwstawny do nas biegun ale też inni ludzie i to poprzez nich mamy szanse dojrzewać. Nie szanując męskiego pierwiastka, nie szanujemy własnej kobiecości. Kobiecy element pragnie wsparcia ale nie ratunku. Ratunku pragnie ofiara. Ofiara jest uzależniona i połączona z oprawcą niewidzialną nicią. Po przecięciu tej nici oba bieguny tańczą koło siebie przyciągając się i odpychając nawzajem, oba wolne. Ofiara nie nienawidzi swego oprawcy ale jednocześnie jest od niego zależna, skrycie pragnie być na jego miejscu, stać się drapieżnikiem. I to widać w Anastasii, która w całej swej naiwności również poluje i na końcu niestety… wygrywa. Pragnie zdobyć, uzależnić i unieszkodliwić drapieżnika. Jednym słowem udomowić.

Jest tu obecny mit o tym, iż można mężczyznę zmienić, drugiego człowieka. Dojrzała kobiecość i miłość tak nie postępują, szanowanie wolności swojej i drugiej osoby, akceptacja jej i siebie samego, rozmowa, szczerość i wspólne szukanie kompromisów jest podstawą dojrzałej świadomej relacji partnerskiej. Tylko kilka pokoleń ludzi dzieli nas od czasów panowania całkowitego patriarchatu, logiczne jest, iż kobiety całkowicie zależne, uciekały się do manipulacji, i nawet w dzisiejszym świecie roi się od książkowych pozycji, które nadal tej manipulacji uczą. Na przykład „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” Sherry Argov jest w swojej wymowie bardzo niedojrzała. Na pewno techniki w niej zawarte działają ale podstawowy punkt, z którego autorka wychodzi, jest mylny, bo wychodzi z potrzeby zdobycia i zatrzymania przy sobie mężczyzny, a nie z chęci odnalezienia siły i głębi w swojej własnej kobiecości jako takiej.

W „biblii kobiecości” – „Biegająca z wilkami” Clarissa Pinkola, Estes opisuje baśń o sinobrodym, jest to baśń o ignorowaniu swojego pierwotnego instynktu. Intuicja jest związana nie z umysłem ale z ciałem, bywa tak, iż nasze ciało po prostu nie czuje czegoś albo czuje coś wbrew logice. Czuje np., że nie powinniśmy się spotykać z daną osobą. Wbrew umysłowi czujemy wewnętrzne nie, ale same siebie przekonujemy o tym, że nasze uczucie nie ma podstaw i ignorujemy je. Kontakt z drapieżnikiem jest jednak bardzo pociągający dla kobiety, która straciła kontakt ze swoją wewnętrzną naturą, czyli z terytorialną dziką kobietą w swoim wnętrzu. Młode dziewczęta podświadomie są świadome tego niebezpiecznego głosu w sobie. Wiedzą, że ten daleki dziki głos zaprowadzić je może ku mądrości. Matka natura wymaga pokory i mądrości, są to dojrzałe kobiece aspekty. Droga do własnej mądrej kobiety prowadzi często przez kontakt z drapieżnikiem. Archetyp mądrej kobiety, czyli wiedźmy (tej która wie!), w dzisiejszych czasach został prawie kompletnie zniszczony, ale każda z nas słyszy wołanie dzikiej kobiety w nas. Droga do niej prowadzi przez najbardziej niebezpieczne zakamarki własnej psychiki, jest to swego rodzaju inicjacja. Christian Grey jest projekcją wewnętrznego drapieżnika Anastasii Steele. Ciągnie ją do niego, gdyż na bardzo instynktownym poziomie ona wie, że wejście w to doświadczenie jest swego rodzaju inicjacją, drogą do mądrości. To czego szuka w tym związku Anastazja, to rozmowa z własną Wewnętrzną Boginią. Wielką nieposkromioną siłą, która jest w niej samej. Estes – Clarissa Pinkola, w rozdziale baśni o sinobrodym, odpowiada na pytanie dlaczego w naszej kulturze tak bardzo pożądani są tak zwani „bad boys” albo niedostępni kontrolujący mężczyźni, jak postać Greya. Ta zraniona męskość w swym krwiożerczym drapieżniejszym aspekcie, na podświadomym poziomie, dla kobiet jest drzwiami do ich dzikiej, nieposkromionej kobiecej natury, z którą większość kobiet utraciła kontakt. Odzyskanie więzi z tą częścią jest warunkiem dojrzałej, silnej kobiecości. Bez uświadomienia sobie obecności “dzikiej kobiety” w nas, nie jesteśmy kobietami tylko dziewczynkami, niezależnie od wieku. Bardzo często używamy słowa “dziewczyny” nawet w stosunku do 60 letnich kobiet.

Niedojrzałe w książce jest to, iż Anastasia Steele nie porzuca Christiana Greya, a więc ciągnie współuzależnioną relację i nigdy tak naprawdę nie “przerabia” w sobie aspektu drapieżnika. Na końcu pierwszej części wychodzi na to, że to powinien być koniec relacji, jednak relacja z Greyem ciągnie się dalej…

Następnym krokiem jest coś bardzo prostego i powierzchownego, jak podział ról, aby zostawić mężczyźnie to co męskie, a kobiecie to co żeńskie. W wiekach patriarchatu, to co żeńskie było uciskane ale podział ról miał w sobie balans męskiego i żeńskiego. Jednym słowem, być może wszystkich tu obrażę stwierdzeniem, ale to mężczyzna powinien „nosić spodnie” w relacji. I nie chodzi o ten podział w tradycyjnym sensie. Nie mam nic przeciwko mężczyznie zajmującym się dziećmi i kobietą, pracującym na rodzinę, jeśli bilans męskości i kobiecości w związku jest zachowany. W Polsce w pokoleniu naszych rodziców, ale i na świecie też, widzi się kobiety obciążone obowiązkami, pracą, domem, dziećmi, a mężczyzn praktycznie nieobecnych, funkcjonujących jak cień w rodzinie. Męska energia dominuje politykę i korporacje a żeńska panoszy się w domu. W obu przypadkach ten brak równowagi jest bardzo destrukcyjny. Żeńskość jest niejako jakością wypełniającą, ożywiającą, ale to męskość nadaje żeńskości kierunek i napęd. Jedną z jakości elementu żeńskiego jest umiejętność poddania się, i po prostu bycia. Nie należy brać tej jakości jako słabej, w żadnym wypadku. Akt wybaczania, na przykład, jest poddaniem się, odpuszczeniem sobie, puszczeniem kontroli, i ma wielką moc, i jest to moc o charakterze żeńskim. Żeńskie w swej naturze pragnie się poddać męskiemu w odwiecznym świętym tańcu. Akt poddania się nie jest jednak aktem bezmyślnej służalczości, która wynika ze strachu i która powodowana jest chęcią kontroli. Można kontrolować w sposób bezpośredni, jak Grey, i poprzez manipulacje, jak Anastazja, ale jedno i drugie blokuje wolność jenostki. Książka pokazuje, iż wiele kobiet marzy skrycie o silnym dowodzącym aspekcie męskim, jednak niedojrzały żeński pierwiastek może przyciągnąć tylko niedojrzały pierwiastek męski. W wielu kulturach seks był świętym aktem, kosmicznym połączeniem. Pasywna jakość żeńskiego elementu została tak zapomniana w swej wielkości i wyparta przez chorą potrzebę kontroli, iż pan Grey dosłownie musi używać liny, żeby żeńskość panny Anastazji mogła się poddać. Myślę, że fantazje wielu kobiet o skrępowaniu podczas seksu, w swej istocie, dotykają właśnie tego. Nie chodzi tu o przewagę sił ani o kontrolę, ale o całkowite zaufanie. Żeński pierwiastek może się puścić i tańczyć, jeśli męski trzyma wytrwale drugi biegun. Marzymy o całkowitym zaufaniu i bezpieczeństwie, i oparciu się o męski element, jako o podstawę na której możemy rozkwitać. Moim zdaniem, to mężczyzna powinien nadawać kierunek związkowi, a także wyznaczać jego granice. Jeśli robi to kobieta, musi użyć do tego swej męskiej strony, i czuje się tym zawsze obciążona. Męska strona w kobiecie znacznie lepiej funkcjonuje jako droga do własnej kreatywności i samorealizacji, jednak kobieta czuje się dobrze, jeśli podtrzymuje ognisko domowe i wyznacza terytorium, nadaje jakość temu co w środku. Jeśli nastąpi zamiana ról, na tym głębokim wewnętrznym poziomie, związek nie funkcjonuje prawidłowo. Christian Grey jest mitem o silnym mężczyźnie, który trzyma wszystko w kupie. Mimo tego, iż jest to kontrola, jest o co się oprzeć i odpocząć.

Tak jak napisałam na początku „50 Twarzy Greya” nie jest pozycją mądrą ani dojrzałą, ale nie można pominąć faktu, iż popularność tej serii książek świadczy o tym, iż musi ona zahaczać o jungowskie archetypy nieświadomości zbiorowej kobiet. W tych kilku punktach wyszczególniłam jak ja widzę ten światowy fenomen. Tak jak napisałam na początku, nie ma w niej zawartych żadnych rozwiązań, nie porusza nas dalej i niczego nie wnosi. Pokazuje jednak stan wyjściowy, w którym znajduje się pierwiastek żeński na poziomie zbiorowym, dlatego właśnie trafia moim zdaniem do tak dużej ilości kobiet.

Publikowane:

http://irlandia.ie/blogi/item/672-50-twarzy-milosci.html